Szczęście

Morsowanie. Największe korzyści odniosą osoby, które nienawidzą zimna.

Morsowanie – wstęp.

Morsowanie zawsze kojarzyło Ci się z czymś przerażającym i dziwacznym? Skrajnie ekstremalnym? Wzdrygałeś się widząc ludzi wbiegających zimą do morza? A na myśl, że miałbyś znaleźć się na ich miejscu dostawałeś gęsiej skórki? Ja też tak kiedyś miałam. Pamiętam, jak kiedyś na gdańskiej plaży ujrzałam ich po raz pierwszy. Kilku facetów najpierw rozgrzewało się w sportowym stroju (już same zdjęcie kurtki przy temperaturze poniżej zera wydawało mi się chore), po czym rozebrali się do slipek kąpielowych i wbiegli do lodowatego morza. O morsach myślałam wtedy bardzo stereotypowo, jako o krępych facetach w średnim wieku, zazwyczaj z nadwagą. Typowych cholerykach, którym jest wiecznie gorąco. A tymczasem morsem może zostać każdy. Nawet największa chudzinka, która nienawidzi zimna, a okres od końca września do maja najchętniej przesiedziałaby pod kocem pijąc ciepłą herbatę. Zwłaszcza taka osoba powinna spróbować morsowania. Dlaczego? Bo dzięki temu zimno polubi. Albo przynajmniej zaakceptuje.

Dlaczego pokochałam morsowanie?

Uwielbiam wiosnę i lato. Słońce, dotyk ciepła na twarzy. Ciepły letni wiatr, zapach ziemi po deszczu i chodzenie na bosaka. Jesienią i zimą lubię rozgrzewające zupy, herbaty i kakao. Miękkie, otulające kocyki. Czasami zasypiam z plecami przyklejonymi do kaloryfera. Kiedy bardzo zmarznę (na przykład po długiej jeździe na rowerze w paskudną pogodę albo wtedy, gdy za lekko się ubiorę) dochodzę do siebie kilka godzin. Niczym zmiennocieplny gad muszę podwyższyć temperaturę wychłodzonego ciała. Zakładam wtedy kilka par skarpet, najcieplejsze dresy, dwa swetry, włączam kaloryfer na 5 i wskakuję pod koc. Dłonie trzymam na kubku z gorącą herbatą. Uważam, że jednym z najważniejszych (jeśli nie najważniejszym) elementów naszego życia jest “doświadczanie”. Poznawanie różnych stron życia, skrajności. Dualizmu, jaki charakteryzuje ten świat. Musimy poznać ból, abyśmy docenili jego brak. Ciemność, abyśmy wiedzieli, czym jest jasność. Chorobę, abyśmy cieszyli się z bycia zdrowym. Zimno, abyśmy docenili ciepło. I odwrotnie. Musimy doświadczyć nadmiernych upałów, abyśmy cieszyli się chłodem. Jeśli zanurzysz się zimą w lodowatym Bałtyku, jeszcze bardziej docenisz Twój ciepły dom, gorącą herbatę i kocyk. Poczujesz przepełniającą Cię wdzięczność. A wdzięczność jest jednym z elementów przybliżających do szczęśliwego i spełnionego życia. To pierwszy powód, dla którego pokochałam morsowanie. Ale istnieją też inne.

Polubisz zimno.

Nie tylko docenisz ciepło, ale także zaakceptujesz zimno. A nawet je polubisz! Wejście do lodowatej wody wydaje się czymś trudnym. Większość osób boi się przełamać, bo wydaje im się, że doświadczenie to będzie bardzo nieprzyjemne. Traumatyczne wręcz. Najczęściej dopiero, gdy czegoś spróbujemy możemy odczarować przekonania, które posiadamy w danym temacie. Gdy spróbujemy tego, co wydawało nam się niemożliwe i zdamy sobie sprawę, że nic złego nam się nie stało – żyjemy, nie odpadły nam nogi, a palców nie trzeba amputować – zyskamy niesamowitą siłę. Pokonując lęk, podświadome przekonanie o niewykonalności czegoś już nigdy nie będziemy tym samym człowiekiem. Nie chcesz wejść do zimnej wody, ponieważ boisz się zimna. Boisz się, że doświadczysz czegoś nieprzyjemnego. A w rzeczywistości morsowanie jest bardzo przyjemne (ale o tym później). Przełamywanie różnych lęków, które nam towarzyszą zmieniają perspektywę, z jaką patrzymy na świat. Wzmacniają nas. Nie boję się już zimna. Często, kiedy pogoda jest szczególnie paskudna mówię do siebie w myślach – “Urszula, jesteś morsem. Kąpiesz się zimą w lodowatym Bałtyku. Wcale nie jest Ci zimno, co to dla Ciebie!”. Mało tego nawet polubiłam zimno! Czasem w szczególnie mroźne dni otwieram balkon, wychodzę na zewnątrz, zamykam oczy i cieszę się dotykiem lodowatego powietrza na skórze.

Vata – to dla Ciebie!

Każdy człowiek jest inny. Natura obdarzyła nas odmiennymi cechami po to, abyśmy w indywidualny dla siebie sposób dochodzili do sensu życia i istoty szczęścia. Mam na myśli nie tylko cechy usposobienia, ale również cechy fizyczne. Jedni ludzie uwielbiają zimno, a nienawidzą upałów. Szybko się pocą, a na myśl o wakacjach w egzotycznych krajach robi im się słabo. Do takich osób należy mój mąż. Inni ludzie preferują ciepło. Wolą, gdy jest im za ciepło niż za zimno. Prawie się nie pocą. Od zimna szybko bieleją im palce stóp i dłoni. Ja należę do takich osób. Ajurweda, czyli starożytny hinduski system medycyny zakłada, że istnieją trzy podstawowe energie biologiczne (vata, pitta i kapha), które odzwierciedlają ludzką konstytucję fizyczną i psychiczną. Osobowość i cechy fizyczne każdego człowieka są uwarunkowane tym, która z tych energii przeważa w naszym ciele. Zaburzenie równowagi energii w ciele skutkuje chorobami. O Ajurwedzie i doshach pisałam tutaj. Dosha, która przeważa u mnie to vata. U mojego męża – pitta. W obu przypadkach morsowanie wpływa na zrównoważenie energii w ciele (w metaforycznym sensie). U pitty zimno gasi nadmierny “ogień”. U vaty hartuje i wzmacnia delikatny organizm. Dwie różne osoby, a korzyści podobne – poprawa nastroju, odporności i witalności.

Poprawa odporności.

Oprócz zalet morsowania działających na poziomie umysłu wymienię również korzyści na poziomie ciała. Wzmocnienie odporności. Co to właściwie znaczy i na czym to wzmocnienie polega? Już wielokrotnie pisałam o tym, że uważam iż ciało choruje, gdy choruje dusza. Swoimi myślami świadomie lub nieświadomie przyciągamy do siebie choroby. W naszym ciele wszystko jest ze sobą powiązane. Sytuacje stresowe (lęk, gniew, smutek, apatia, pośpiech) doprowadzają do spadku odporności. Początek listopada, krótsze dni, zimno i brzydka pogoda powodują, że ludzi dopada zły nastrój. A złe samopoczucie zawsze “przyciągnie” jakąś chorobę. W naszym organizmie dojdzie do uruchomienia procesów zapalnych. Nawet jeśli odżywiamy się wzorowo i regularnie uprawiamy aktywność fizyczną, ale jednocześnie dopadnie nas jesienny podły nastrój, to przeziębienie nas nie ominie. Dlaczego zatem morsowanie wzmacnia odporność? Bo powoduje wyrzut endorfin. Pozytywnej energii, genialnego nastroju. Sprawia, że po prostu nie dopuszczasz do siebie choroby. Latem w powietrzu jest tyle samo bakterii co jesienią. Ale ludzie wtedy raczej nie chorują, bo są radośniejsi niż wtedy, gdy jest zimno i ciemno. Słońce, urlop, więcej aktywności fizycznej oznacza najczęściej brak negatywnych myśli, a wyniku tego brak zachorowań!

Morsowanie – pozostałe zalety.

Badacze wymieniają dużo więcej zalet morsowania. Są to: pozytywny wpływ na skórę (redukcja cellulitu, poprawa krążenia), poprawa wydolności układu sercowo – naczyniowego, łagodzenie dolegliwości bólowych i przewlekłych stanów zapalnych, leczenie kontuzji, chorób skóry. Oprócz tego kąpiele w wodzie morskiej to również wdychanie jodu, którego w bryzie znajduje się najwięcej właśnie jesienią i zimą, a nie latem. Jest to pierwiastek niezbędny do prawidłowego funkcjonowania tarczycy. No i słońce 🙂 Nawet jesienią i zimą zdarzają się piękne i słoneczne dni. Najwięcej witaminy D syntetyzuje się w naszej skórze wtedy, gdy na promieniowanie UV wystawimy, jak największy fragment ciała. A zatem bieganie w bikini po plaży jest tutaj jak najbardziej wskazane :). Oprócz tego przed morsowaniem trzeba zrobić rozgrzewkę. A rozgrzewka to dodatkowa aktywność fizyczna, której wielu ludziom brakuje w chłodne dni. Więcej o zaletach morsowania i o przygotowaniu do niego przeczytasz tutaj i tutaj. Nie będę powielać tych samych treści.

Morsowanie jest przyjemne.

Jakie to uczucie wejść do lodowatej wody? Bardzo przyjemne! I mówi to taki zmarzluch jak ja 🙂 Wczoraj woda w Bałtyku miała 11 stopni (10 listopada). Morsuję od 2 lat. Najzimniejsza woda, do której wchodziłam miała w okolicy 0 stopni. Odczucia zależą od tego, jaka jest różnica temperatur pomiędzy powietrzem a wodą. Jeśli Bałtyk i powietrze mają po 5 stopni, a do tego przed wejściem do wody zrobisz rozgrzewkę, to nawet nie odczujesz wejścia. Poczujesz jak otuli Cię przyjemny, kojący chłodek. Nie będziesz mógł się przy tym przestać uśmiechać. Hormony szczęścia wydzielają się wtedy jak szalone 🙂 Latem jest mi trudniej wejść do wody, bo powietrze ma 30 stopni, a woda powiedzmy 17. No i nikt latem nie rozgrzewa się raczej przed wchodzeniem do morza. Wczoraj woda była wręcz ciepła. Mogłabym tam zostać dużo dłużej niż nasz Team. Gdy woda jest naprawdę zimna podczas wejścia czujesz takie jakby ukłucia malutkich ostrzy. Musisz bardzo szybko ruszać palcami stóp, aby nie stracić w nich czucia (lubię wchodzić na boso, aby czuć piasek pod stopami). Zimno jest też w pośladki. Głowy i rąk najczęściej nie moczę. Zimno nie jest wtedy paraliżujące, nieprzyjemne. Dużo gorzej jest puścić na siebie lodowatą wodę pod prysznicem.

Morsowanie jako medytacja

Morsować można samodzielnie (tzn. jedynie z osoba towarzyszącą) lub w grupie. Obie formy maja swoje wady i zalety. W grupie fajne jest to, że ktoś puszcza wesołą muzykę z głośnika, wszyscy się bawią cieszą i wzajemnie motywują. Jest wspólna rozgrzewka i wspólne odliczanie do wyjścia z wody. Wady są takie, że musisz dostosować się do innych. Osobiście wolałabym zrobić sobie krótszą rozgrzewkę i przebywać w wodzie dłużej. Jest duże zamieszanie, podczas rozgrzewki ludzie się trochę przepychają. Nie masz przestrzeni i ciszy, aby się wyciszyć. Samodzielne wejście to trochę mniejsza motywacja, ale za to większa przestrzeń do medytacji. Jest coś takiego jak metoda Wima Hofa. Faceta o nadludzkiej wytrzymałości i odporności, który wspiął się na wysokość 6,7 km na Mount Everest w krótkich spodenkach i butach. Opracował on sposoby na wytrzymanie w ekstremalnych temperaturach, które opierają się na pracy z oddechem i własnym umysłem. To taka lepsza wersja morsowania. Bardziej świadoma i medytacyjna. Tak więc możesz wchodzić do wody tylko z osoba towarzyszącą (lepiej nie samodzielnie, dla bezpieczeństwa) skupiając się przy tym na medytacji lub z większą grupą, szukając eventów w swoim mieście.

Warto spróbować!

“O nie, to nie dla mnie, nienawidzę zimna!” Ja też tak mówiłam. I właśnie dlatego, że nie lubisz zimna – warto spróbować. Aby je polubić. W życiu warto zrobić czasem rzeczy, których nie lubimy. Przejść się na masaż – nawet jeśli boimy się bólu. Przejechać się rollercoasterem – jeśli nie lubimy dużych prędkości, wysokości i przeciążeń, pójść na ściankę wspinaczkową – aby przezwyciężyć lęk wysokości. Neale Donald Walsh w “Rozmowach z Bogiem” powiedział, że w naszym życiu, w ogólnym rozrachunku znaczenie mają tylko dwie przeciwności – strach i miłość. I to na nich opiera się wszystko co robimy jako ludzkość. Całe zło tego świata wynika z lęku przed czymś. Więc przestań się bać. I zrób coś, aby okazać miłość samemu sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.